Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Wielka Sprawa cz. 2

gillgamesh ·

Wielka Sprawa cz. 2

Słońce powoli wychylało się znad horyzontu, oświetlając pierwszymi promykami liczne chaty mieszkańców miasteczka Ugerd. Na piaszczystych uliczkach jak dotąd panowała błoga cisza, jednak w ciągu kilku chwil zapełniły się one wszelkiego rodzaju ludem pracującym. Każdy z chłopów lub rzemieślników gdzieś się spieszył. Na targu kupcy zaczęli rozstawiać swe kolorowe kramy oferując rozliczne towary. Ich mnogość mogła przerazić niejednego przechodnia. Sprzedający zachwalali swe przeróżne produkty począwszy od jajek, poprzez drób, krowy a kończąc na tkaninach i prostej broni. Zaraz też dały się słyszeć skrzeczące głosy przekupek przekrzykujących się nawzajem. Innymi słowy miasteczko ożyło.
Jednak jeden z domów nie otworzył jeszcze swych drzwi, mimo że zbliżała się już godzina dziesiąta. Stał on na obrzeżach miasteczka i nie sąsiadował bezpośrednio z żadnym innym budynkiem. Brak było wokół niego pięknego obejścia, pomalowanego na biało płotku i małego ogródka pod oknem. Dom był wyraźnie zaniedbany. Ze strzechy wystawało kilkanaście snopów siana, a mury były czarne od brudu i ziemi. Właśnie w tym momencie światło słoneczne przebijało się przez uflogane w jakimś paskudztwie szyby. Dostając się do pokoju spoczęło jasną plamą na nagich ramionach śpiącej dziewczyny. Obok niej, na prowizorycznie skleconym z kilku desek łóżku leżał mężczyzna. Jego długie włosy były bezładnie rozrzucone na czymś, co przypominało poduszkę. Miał on smukłą sylwetkę z wyraźnie zaznaczonymi mięśniami, jednak jego łagodna twarz powodowała, że status barbarzyńcy zdecydowanie do niego nie pasował.
Nieopodal łóżka, pod kominkiem, na podłodze leżało coś małego zawiniętego w szary koc. Ów kominek był jedynym zadbanym miejscem w całym domu. Zbudowany z czerwonej cegły i przyozdobiony u szczytu wielkimi rogami dzikiego zwierza prezentował się wspaniale. Całości kompozycji dopełniał potężny topór zawieszony tuż nad otworem paleniska. Był to wyjątkowo okazały przedmiot. Wykonany z najlepszej jakości mithrilu był niespotykanie lekki, jak również bardzo wytrzymały. Dwa ogromne ostrza sprawiały wrażenie, jakby przed chwilą wyszły wprost spod kowalskiego młota. Stylisko było obficie pokryte różnorakimi runami krasnoludzkimi strzegącymi właściciela, oraz nadającymi broni pewne właściwości magiczne. Topór zakończony był długim szpikulcem, na którym widniały przepiękne ornamenty. Nieopodal tejże broni wisiała kolczuga oraz niewielka tarcza ze znakiem herbowym przedstawiającym wilczy łeb na tle skalistych szczytów. Widoczne na niej były liczne ślady ostrzy wrogich mieczy i strzał, zagłębiających się przez lata w metalowych okuciach.
W pewnej chwili zawiniątko leżące pod kominkiem poruszyło się. Początkowo jego ruchy były powolne, jakby ospałe, lecz z biegiem czasu stawały się coraz bardziej zdecydowane. Zawiniątko wydało z siebie jakiś trudny do zidentyfikowania odgłos, po czym przewróciło się na drugi bok. Spod brzydkiego koca wystawała długa, ruda broda.
- O wy chamy! - mruknął przez sen krasnolud, po czym natychmiast się obudził.
Ziewając i przeciągając się nie bez trudności wygramolił się z koca i usiadł na podłodze.
- O jak mnie łeb boli... - skrzywił się. Jego ręka powędrowała w stronę głowy i poczęła gładzić z lubością bujną czuprynę. Krasnolud przystąpił do oceny sytuacji powoli, lecz dokładnie rozglądając się po pokoju. Po pewnej, dość długiej chwili zorientował się, że jest we własnym domu, tylko za nic nie mógł zrozumieć, dlaczego spał na podłodze. Spróbował się podnieć. Z niekłamanym zdumieniem stwierdził, że to przewyższa jego obecne możliwości. Przeturlał się więc w pobliże kominka i znajdując w nim solidne oparcie powrócił do pionu. Postąpił parę kroków w stronę łóżka, po czym stanął jak wryty. Oczy wyszły mu na wierzch, zaś szczęka niebezpiecznie zbliżyła się do podłogi. Krasnolud wpatrywał się w dziewczynę i Ilvena leżącego tuż za nią i oplatającego jej talię ręką. Kiedy Kird otrząsnął się z szoku dostrzegł nareszcie ponadprzeciętne piękno nieznajomej. Tym bardziej zbulwersował go fakt, iż na tak cudownej postaci znajduje się jeden z najpaskudniejszych koców, jakie widział. Postanowił więc zainterweniować i obrał kurs wprost na dziewczynę. Zachowywał przy tym jak największą ostrożność. Mimo wszystko mijając stół trącił łokciem żelazną patelnię z resztkami jakiegoś jadła. Przystanął na chwilę obawiając się najgorszego, jednak na jego szczęście nie narobiła ona wiele hałasu. “Skąd się tu wzięło to przeklęte żelastwo??” – pomyślał. Kiedy był już blisko wyciągnął powoli rękę ujmując róg koca. Stale kontrolując reakcje dziewczyny milimetr po milimetrze zsuwał koc z jej ramion. Skupiając się całkowicie na twarzy nieznajomej nie zauważył, że Ilven wychylając się zza ramienia swej towarzyszki wbił w niego wzrok. Kiedy krasnolud już prawie osiągnął upragniony cel posłyszał ciche chrząknięcie, które natychmiast skierowało jego wzrok na Ilvena. Oblała go fala gorąca i nawet się nie spostrzegł, gdy jego twarz przybrała szkarłatnoczerwony kolor. Róg koca wypadł z dłoni potwornie zmieszanego podglądacza.
- Eee... to ja może zrobię śniadanie... - wybełkotał Kird powoli wycofując się w stronę drzwi.

Przez całą drogę do kurnika czuł się wciąż zażenowany zaistniałą sytuacją. Próbując odegnać tę myśl począł liczyć ile jajek będzie mu potrzebne na śniadanie i gdzie znajdzie jakąś czystą patelnię. Po głębszym zastanowieniu obecność dziewczyny w jego domu właściwie go nie dziwiła. „Pewnie znowu uwiódł jakąś młodą chłopkę…Tylko dlaczego zawsze ja ląduję na podłodze?” Gdy zaczął zbliżać się w okolice tylnego podwórka odruchowo spuścił głowę bacznie obserwując gdzie stąpa. Zaraz też zatrzymał się i rzucił okiem przed siebie. Na skraju podwórka rysował się mały budyneczek kurnika. Zadziwiająca była precyzja i staranność jego wykonania. Za każdym razem, kiedy krasnolud patrzył na niego rad był z tego, że zlecił wykonanie kurnika rzemieślnikowi z miasteczka, a nie wziął się za to sam. Niestety o ile prezentował się on wspaniale, o tyle dotarcie do niego graniczyło wręcz z cudem. Przed wejściem zalegało bowiem wyjątkowo głębokie błoto. Było ono na tyle rozległe i niebezpieczne, że skazywało wszelki drób na wieczne więzienie w „pięknym pałacu”. Kird jednak nie miał zamiaru dać z wygraną. Cofnął się nieco oceniając jednocześnie, czy droga rozbiegu jest bezpieczna. Jeśli istnieją jakieś rekordy szybkości biegu krasnoluda, to Kird prawdopodobnie właśnie je poprawiał. Tuż przed początkiem grząskiego gruntu z całej siły wybił się szybując nad straszliwą pułapką. Wylądował na krawędzi progu i w ostatniej chwili zdążył złapać się framugi, co uchroniło go przed niechybną, błotną śmiercią. Obecność Kirda wywołała niemałe poruszenie wśród wszelkiego rodzaju drobiu poutykanego na klaustrofobicznych wręcz przestrzeniach poszczególnych grzęd.
- No, pokażcie co dla mnie macie – z nadzieją uśmiechnął się grabieżca jajek. Niestety nie sprawdziły się jego przewidywania, ponieważ do koszyka trafiło jedynie sześć jaj. Nagle posłyszał przeraźliwy pisk dziewczyny. Jak poparzony rzucił swoją zdobycz. Nawet nie wiedząc jak, po chwili zostawił kurnik za plecami. Gnając ile sił w nogach za parę sekund znalazł się przed chatą. Tuż przed progiem leżała trzęsąca się ze strachu chłopka. Oczekując najgorszego wpatrywała się w zbliżające się do niej dwa potężne wilki. Były aż nadto przerośnięte jak na swój gatunek, dorównywały bowiem wielkością małemu koniowi. Ich ruchy były nadzwyczaj delikatne i powolne. Z obnażonych zębów ściekała gęsta ślina. Jedno ze stworzeń bacznie obserwowało Ilvena, który stał w otwartych drzwiach. Z jego zaciśniętej pięści wytryskało jaskrawe, niebieskie światło. Widać było, że mag przygotowuje się do rzucenia zaklęcia. Gdy tylko Kird zobaczył, że jego przyjaciel bierze rozmach natychmiast krzyknął.
- Karha! Varhen! Spokój! Leżeć! – wilki nie spuszczając oka ze zdezorientowanego nieco Ilvena zaczęły się wycofywać. Krasnolud podszedł do samca i zdzielił go mocno po głowie.
- Gości nie ruszać tępy bęcwale! – zwierzę momentalnie spotulniało i wraz ze swoją towarzyszką po chwili już leżało wygrzewając się w porannym słońcu. Mimo zażegnanego niebezpieczeństwa dziewczyna nadal nie była w stanie się podnieść. Gdy jednak Kird zbliżył się do niej chcąc pomóc, chłopka zerwała się z ziemi i pognała w stronę miasteczka.
- A ja miałem nadzieję na przyjemne, wspólne śniadanie… - ze smutkiem podsumował krasnolud.
- Co to jest do cholery!? – rzucił wyraźnie wściekły mag.
- Ha! Mój ostatni, świetny nabytek! To są pierwszorzędne, krasnoludzkie wilki bojowe! Ściągnąłem je aż z Gór Północnych! – duma poczęła rozpierać prężącą się pierś wojownika.
- Jeśli nas tylko nie zabiją w nocy, to mogą być przydatne…
- Jasne, że będą przydatne! Ja nie mam zamiaru się więcej telepać na jakichś pospolitych szkapach!
- Ty chcesz na tym jeździć!? Zresztą nie ważne – machnął ręką – co z tym śniadaniem?
Kird drgnął raptownie, po czym złapał się za głowę – Moje jajka! – i pognał z powrotem do kurnika.
Na miejscu zastał przewrócony koszyczek i bezładnie porozrzucane jajka. Na szczęście żadne z nich nie ucierpiało lądując na miękkiej słomie.

Jajecznica pachniała wprost wybornie, zwłaszcza, że kucharzowi udało się odszukać nieco grzybów. Zdejmując swój ulubiony fartuszek w czerwone grochy Kird wszem i wobec oznajmił:
- Śniadanie gotowe!
Mag wyraźnie rad był z zaistniałej sytuacji, gdyż z wiadomych powodów wczorajsza kolacja go ominęła. Pochłonął więc strawę w kilka minut zagryzając już nieco czerstwym chlebem. Dopiero, gdy zaspokoił odrobinę pierwszy głód wyciągnął się na krześle, założył nogi na stół, wcisnął ręce pod głowę i odparł:
- No to może wreszcie mi powiesz, jaka to „wielka sprawa” spowodowała, żeś mnie tu ściągnął??
- Dzisiaj jest pełnia, prawda?
- Tak, ale co to ma do rzeczy?
- Powiem Ci wieczorem – Kird był wielce rad, że jeszcze przez pewien czas będzie mógł pognębić maga. „Dobrze mu tak. Trzeba było przyjechać na czas.” Jednak Ilven nie dał tak łatwo za wygraną. Oparł łokcie o stół i popatrzył krasnoludowi prosto w oczy.
- Gadaj!
Na twarzy jego rozmówcy znów zarysowała się radość. Wyciągnął dłoń, pokazując magowi duży, srebrny pierścień pokryty drobnymi znaczkami.
- Zaklęcia kontrolujące umysł na mnie nie działają póki mam to – Ilven zdawał się być już wyraźnie poirytowany.
- Dość tego! Szlag mnie trafi! – zerwał się z krzesła i zaczął się miotać po pokoju. Krasnolud tylko ciężko westchnął.
- Nie należysz do najcierpliwszych… Zrozum, że ja nie mogę Ci pokazać tego, co chcę w ciągu dnia – ciągnął dalej.
Ilven rzucił na przyjaciela przeszywające spojrzenie, po czym wrócił na krzesełko. Uzmysłowił sobie, że nie wyciągnie z krasnoluda żadnej informacji przed wieczorem. Ta myśl bardzo go denerwowała, tym bardziej, że Kird wyraźnie bawił się jego kosztem. Widok pustego talerza po jajecznicy także nie napawał optymizmem.
- Chodźmy może do karczmy, bo to śniadanie było, że tak powiem… niewystarczające – odparł już zupełnie spokojnie.
Krasnolud zmarszczył nieco brwi. Liczył w pamięci ile jeszcze złota mu zostało po ostatniej wyprawie. Po krótkiej chwili doszedł od wniosku, że jego fundusze nie są zbyt obfite. Tym silniejsze żywił nadzieje na powodzenie wyprawy, która miała nadejść już niedługo…
- Nad czym tak kontemplujesz? – dopiero szturchnięcie maga wytrąciło go z rozmyślań.
- Tak, tak. Możemy iść.

Większość dnia spędzili na zabawie „Pod Niedźwiedzią Łapą”. Niestety Ilvenowi nie udało się na tyle spić krasnoluda, by wyciągnąć przedwcześnie jakieś informacje. Poza tym robił to dość ostrożnie mając w pamięci jeszcze wczorajszy wypadek. Gdy zaczęło się ściemniać Kird o dziwo sam, bez żadnych oporów opuścił karczmę, co zdarzyło mu się pierwszy raz od wielu lat. Wiedział, że tym razem sytuacja zdecydowanie tego wymagała. Drogę do domu przebyli prawie bez słowa, ale mag wyraźnie widział ogromne podekscytowanie w oczach przyjaciela. Kiedy tylko stara chałupa ukazała im się na końcu piaszczystej drogi krasnolud zaczął przyspieszać kroku. Robił to z taką zapalczywością, że podchodząc do drzwi nieomal biegł. Jednak zaraz za progiem uspokoił się nieco, odetchnął głęboko unosząc wielką pierś i rzekł jak gdyby nigdy nic.
- Napijesz się czegoś?
Ilven wybałuszył zdziwione oczy. Po chwili zmarszczył brwi.
- Dasz sobie wreszcie spokój z tymi podchodami? – zapytał z trudem się opanowując.
Kird doszedł do trafnego wniosku, że owszem zabawa ta zaczyna męczyć także i jego. Po krótkim wahaniu ruszył w głąb pokoju. Z małej szufladki wydobył pierwszy ostry przedmiot jaki wpadł mu w ręce (a był nim mały nożyk kuchenny) i przyparł plecami do kominka ustawiając się wprost na łóżko. Odmierzył trzy duże kroki i upadł na kolana. Wbijając nożyk w podłogę zaczął mocować się z jedną z klepek. Szło mu to dość opornie toteż po chwili zaczął rzucać różnego rodzaju epitetami. Patrząc na nieudolne próby swego towarzysza Ilven postanowił zainterweniować. Szybko odszukał w pamięci stosowne zaklęcie i począł mamrotać je pod nosem jednocześnie wyciągając rękę przed siebie. Gdy dochodził do końca formułki podłoga we wskazanym miejscu wygięła się nieco, po czym kilka klepek wystrzeliło w górę wprost w pochylonego krasnoluda. Dał się słyszeć cichy jęk zaatakowanego, który zdzielony własną podłogą leżał w szoku nieopodal powstałej dziury.
- Ałłł… Bolało – mówił przez nos z trudem się podnosząc.
- Ale przynajmniej było skuteczne – zaśmiał się mag.
Krasnolud ze złością złapał najbliższą klepkę i cisnął nią w Ilvena. Na jego nieszczęście zamach się nie udał, ponieważ ofiara zdążyła się w porę odsunąć unikając tym samym śmiertelnego ciosu. Kird zaklął cicho i nadal rozcierając bolący nos zbliżył się wraz z przyjacielem do otworu w podłodze.
Oczom zebranych okazała się niewielka szkatułka ozdobiona tu i ówdzie różnorakimi kamieniami szlachetnymi. Była ona zamknięta na złotą kłódeczkę. Krasnolud, gdy wydostał ją na zewnątrz jął grzebać pod ubraniem, przy czym ostentacyjnie wysunął na bok język. Wydostał stamtąd kluczyk, który natychmiast wylądował w kłódeczce. Chwilę zajęło otworzenie jej z względu na trzęsące się ręce i małe rozmiary kluczyka, ale nagroda była warta tej walki. Na dnie szkatułki znajdował się równiutko poskładany kawałek pożółkłego i nieco poszarpanego papieru.
- Zapal świeczkę, bo nic dojrzeć nie można – zawołał Ilven wydzierając szybkim ruchem znalezisko z rąk przyjaciela.
- Światło nie będzie nam potrzebne – krasnolud natychmiast rzucił się w obronie swej własności. Mapa - jak się okazało - po chwili leżała rozwinięta na stoliku pod oknem. Niestety przez wyjątkowo brudne szyby przedostawało się niewystarczająca ilość światła. Kird skrzywił się lekko spoglądając na okno. Mimo wielkiej niechęci do sprzątania (która zresztą była wokół bardzo widoczna) wyciągnął nieco rękaw i zaczął zmagać się z rozmazującym się tłuszczem, kurzem i innym tego typu paskudztwem. Dłuższą chwilę zajęło mu wytarcie niewielkiego kółka, przez które światło księżyca padało wprost na mapę.
- Nie rozumiem, po co się tak męczysz, przecież można zapalić świeczkę… Chociaż z drugiej strony temu oknu rzeczywiście było to potrzebne – odparł Ilven z obrzydzeniem patrząc na lepki rękaw krasnoluda.
- Dobra. Zajmijmy się tym świstkiem – szybko zmienił obiekt swego zainteresowania i zaczął bacznie przyglądać się mapie. Widniało na niej duże pasmo górskie, a mniej więcej pośrodku znajdował się roztarty już nieco zarys jakiegoś budynku. Była jednak rzecz, która wyjątkowo zdziwiła maga. Otóż nie było tam żadnych podpisów!
- Ta mapa jest do niczego! Przecież tu nie pisze, co to są za góry! No a ten bazgroł na środku, do którego prowadzi szlak… Co to właściwie jest? – niezwykle żywa gestykulacja Ilvena nie zrobiła jednak żadnego wrażenia na krasnoludzie. Stał przed stolikiem jak wryty i tylko nieznacznie się uśmiechał.
- No i czego się tak cie… – mag urwał w połowie słowa. W miejscu oświetlonym przez księżyc powoli zaczęły pojawiać się jakieś zarysy. Jasny błękit wyłaniających się liter kontrastował z pożółkłym papierem. Ilvenowi natychmiast opadły ręce. Uniósł brwi i wybałuszył oczy wbijając wzrok w kartkę. Po chwili także i usta dały oznakę zdumienia lekko opadając. Przez cały czas litery stawały się coraz wyraźniejsze. Wszelkie podpisy na mapie pisane były po elficku.
- Sprowadziłem Cię tu, bo nie umiem odczytać tych tekstów, a tylko Tobie ufam… - odezwał się wreszcie Kird. Nikły uśmiech ciągle pozostawał na jego twarzy.
- Mógłbyś się wreszcie wziąć za czytanie?
- Yyy. Tak, tak. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem. To jest istne arcydzieło – zdziwienie maga wyraźnie zamieniło się w zachwyt. Zaczął przyglądać się dokładniej.
- Jakiś dziwny dialekt… Nie wszystko rozumiem… - mamrotał. W pewnej chwili począł powoli odsuwać się od stolika. Znalazł najbliższe krzesło i usiadł delikatnie. Zdawał się być oszołomiony.
- No, gadaj coś wyczytał – z zaciekawieniem zwrócił się krasnolud.
- Skąd masz tą mapę?
- Nieważne skąd ją mam. Mów co na niej jest.
- Skąd ją masz? – powtórzył pytanie nieco mocniej
Kird nabrał powietrza. Nie umiał kłamać, ale tym razem bardzo się postarał.
- Była wśród kosztowności ostatniego smoka.
O dziwo Ilven kupił bajeczkę, lub po prostu chciał wierzyć, że właśnie tak było. Zerwał się raptownie podbiegając znów do mapy.
- Czy Ty sobie zdajesz sprawę z tego, coś znalazł!?
- No właśnie nie za bardzo…
Mag odetchnął głęboko i uspokoił się nieco.
- Zobacz – wskazał palcem na jeden ze świecących blado wierszy.
- „… aby ocaleni bracia nasi dotrzeć mogli, do Tego, który ochraniał nas, Tego, który dobry był i znów zgromadzi ich.” – czytał.
- O co chodzi? – Kird zaczął drapać się po czuprynie.
- Kiedyś słyszałem legendę o pewnym małym plemieniu elfów górskich, które oddawały cześć jakiemuś białemu smokowi. Mieszkali pomiędzy dwoma pasmami totalnie odseparowani od otaczającego ich świata. Przez setki lat nikt nie wiedział o ich istnieniu, aż na pobliskie tereny nie wdarli się orkowie. Zaczęli wydobywać surowce, no i po pewnym czasie znaleźli przełęcz – tu wskazał na mapie małą szparkę między dwoma szczytami – która była jedyną drogą do elfiej enklawy. Walki podobno trwały bardzo długo. Elfy dzielnie się broniły, ale zostały wybite co do jednego. Orkowie urządzili sobie na ruinach ich cywilizacji liczne kopalnie. Co ciekawe, dość szybko po wygranej wojnie i zadomowieniu, najeźdźcy po prostu zniknęli. Podobno była to zemsta Białego Smoka chroniącego plemię elfickie. Zawsze traktowałem to jako interesującą bajeczkę, jakich wiele. Aż do dzisiaj…
- Zaraz. Mówisz, że te elfy oddawały cześć temu swojemu smokowi?
- Przez setki lat.
Krasnolud otworzył szeroko oczy, po czym uśmiechnął się rubasznie.
- No to tam muszą być tony złota!!! – zaczął skakać z radości po całym pokoju wymachując przy tym rękami.
- Wiedziałem! Wiedziałem, że to musi być jakaś wielka sprawa!
- Opanuj się… – mag próbował go jakoś uspokoić, niestety niezbyt dobrze mu to wychodziło.
- Zbieraj się! Ruszamy jeszcze przed świtem! – wojownikowi aż błyszczały oczy z podniecenia
- Zaraz, chwila, a kto powiedział, że ja chcę gdziekolwiek jechać?
Krasnolud stanął jak wryty.
- No nie mów mi, że przepuścisz taką okazję. Będzie tak jak za dawnych czasów! Znów wyjedziemy szukać przygód… i zarobku – zatarł ręce uśmiechając się.
- Muszę być za parę dni w Dorvalen. Rada mnie potrzebuje… - spuścił wzrok. Miał niezbyt dobre przeczucia dotyczące tej wyprawy. Czuł, że tym razem może nie być to łatwy zarobek.
- Ta Twoja cholerna Rada! Odkąd Cię do niej przyjęli na nic nie masz czasu!
- Bardzo prosili… - próbował się usprawiedliwić – ale przecież nie przyjąłem berła przewodniczącego! – doskonale wiedział, że nie zrobił tego tylko ze względu na niechęć do odpowiedzialności, jaka spadłaby wtedy na jego barki. Bał się jej bardziej, niż każdego z napotkanych w młodości potworów.
- Jedyna dobra rzecz, jaką zrobiłeś – mruknął krasnolud – jedź ze mną. Proszę.
- Cóż, sam nie dasz sobie rady z tym smokiem…
- Ja sobie nie dam rady!?
- Dobra, dobra to nie czas na popisy – właściwie już się zdecydował. Ciągnęło go do kolejnej wyprawy. Miał dość już zgiełku wielkiego miasta. Ta niechęć do stanowiska, jakie pełnił, była zdecydowanie silniejsza, niż złe przeczucia.
- Trzeba będzie wziąć sporo prowiantu. To daleko – powiedział w końcu.
- Ha, ha! Wiedziałem, że się zgodzisz! – klepki podłogi głośno zatrzeszczały pod ciężarem wyskakującego Kirda, który poleciał wprost na szyję przyjaciela.
- Udusisz mnie durniu! Złaź.
- Ekhm. Przepraszam – wykrztusił już na ziemi lekko zmieszamy krasnolud.

Cdn.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...