Zło
- Dalid... – szepnął wartownik do swego towarzysza sprawiającego wrażenie rozbawionego.
- Cicho... – syknął nadstawiający uszu tłusty mężczyzna
Spod pokładu dochodził jakiś głos.
***
- Syreny – mówił starzec spoglądający spod krzaczastych brwi na strapionych marynarzy stłoczonych w
kącie ładowni. – Tak... Za każdym razem gdy stoicie u Siru, gdy spoglądacie nań i słyszycie szum fal, gdy do ucha przykładacie muszlę, możecie być wówczas pewni, że to właśnie Ona śpiewa. Możecie być pewni że to głos Sirien rozbija się wśród kropel Siru i uderza w was. – starzec przerwał, popatrzył po twarzach marynarzy – Ale biada – huknął nagle starzec – Biada, jeśli ujrzycie ją i zechcecie z bliska posłyszeć jej pieśń. Wówczas wam biada. Estmeren ias bei. Estmeren. – starzec przymknął pofałdowaną powieką zmęczone całodziennym wypatrywaniem oczy. Ręce splótł na piersi i wziął głęboki oddech.
- Czy on nie może mówić po naszemu? – dało się usłyszeć z tłumu, wobec ciszy jaka ciążyła w
powietrzu
- Może... – zagrzmiał znów starzec, unosząc nieznacznie powiekę by spojrzeć po twarzach
zgromadzonych. Po twarzach pełnych trwogi i lęku, pełnych obaw. Po bezradnych dłoniach, szeroko otwartych oczach... – Ale nie wiem, czy chcielibyście to usłyszeć.
- Mów, starcze – ozwał się ktoś z tłumu
- Dobrze młodzieńcze. Wedle twego życzenia. – starzec oparł się wygodnie w krześle, które zaskrzypiało
mimo wątłej postury starca – Ten, który usłyszy czysty, nie zmącony niczym głos Sirien i będzie w stanie rozróżnić słowa pieśni nie ujrzy już światła... I tylko Bezczas upomnieć będzie mógł się o niego. Sirien v\'Trap siri ni loch. Przybywa tylko w nocy. Strzeżcie się mroku.
***
- Słyszałeś? – spytał przerażony Seberion wzrokiem tocząc po całym pokładzie.
- Co? – spytał wytrącony z półsnu Dalid
- Ty śpisz?! – spytał Seberion wcale nie czekając na odpowiedź – W każdej chwili może się tu pojawić Sirena a ty śpisz?
- Nie może się tu pojawić bo siedzi w swej kajucie i kwiczy
- Co ty gadasz? Sirien! Nie Syrenka!
- Nie mów mi tylko żeś w to uwierzył...
- Znów! – powiedział przerażony Seberion - Słyszałeś?
- Słyszałem Syrena kwiczy... – Dalid spojrzał na towarzysza – Znaczy się rodzi. – Dalid ziewnął przeciągle...
- Co?! – spytał zdziwiony Sebrion
- No... rodzi. Czy w tym że brzemienna po dziewięciu księżycach rodzi jest coś dziwnego?
- Siedzimy tutaj... – Seberion wziął głęboki oddech i zacisnął żeby powstrzymując gniew- Siedzimy tutaj od kilki ładnych godzin... A ty, cholera, żeby cię Bezczas pochłonął, dopiero teraz mówisz mi, że potomek Kasmiera rodzi się pod moim nosem?
- Tak – Dalid uśmiechnął się krzywo
- Niech no cię tylko dorwę – Seberion odrzuciwszy halabardę skoczył ku Dalidowi, który miast uciekać stanął jak wryty.
- Czekaj – rzekł – Słuchaj...
- Nie dam się nabrać – rzucił Seberion
- Słuchaj! – powiedział ostrzej Dalid
Wśród szumu morza i szeptu wiatru jakaś pieśń niosła się ku górze... Pieśń upstrzona łzami i krwią, śmiercią i mrokiem.
***
Strzeżcie się mroku powiadam wam, bo zło w nocy przychodzi.
***
Kasmier padł na kolana przy łożu Syreny. Jeszcze mocniej ścisnął delikatne dłonie, spojrzał na jej twarz zalaną potem, na włosy posklejane trwogą i oczy żarzące się zielenią. Spojrzał na usta drżące w pieśni.
Biały welon - gwiezdny tren, patrząc w niebo słucham Cię
Słowa, które nic nie znaczą, tylko aniołowie płaczą.
Ciepły deszcz całuje twarz, może kiedyś przyjdzie czas
Wraz ze słowami z ust wypływała krew... czarna, zła krew... zataczała łuki na rumianych policzkach, spływała w dół, ku szyi... każda kropla drążyła ból, drążyła żal...
Szłam aż z nocą przegrał dzień, wolno odwróciłam się
Bąbel czerwieni wychynął na usta tamując słowa... pękł...
Dałam jej w ofierze lęk, piłam światło jakby krew
Mój ból wsiąkał z deszczem w ziemię, takie dziwne oczyszczenie
Jutro też powrócę by dotknąć jej, nieśmiertelna wzywa mnie
Już nie czuję chłodu, gdy pada deszcz, mogę znowu z Tobą być tutaj gdzie
Nieśmiertelna daje mi swoją krew, nie pytając nawet czy jej chcę...
Usta zastygły w grymasie bólu. Krew poczęła stygnąć. Żar oczu dogasał przysypany popiołem czerni... I ozwał się Kasmier po raz pierwszy w tej pieśni... Głos jego drżał, kołysał się...
Ona jest czernią i bielą, ona jest smutkiem i nadzieją
Ona ostatnią bogów wybranką, moją sekretną siostrą i kochanką
- Róża – szepnęła Syrena – Nazwij ją Różą...
- Dobrze... – powiedział Kasmier mrożąc oczy w obawie przed łzami – To będzie Róża... Nasza mała różyczka.
- Twoja... – Syrena zamknęła oczy – Twoja Różyczka... – Zamknęła je... Tak jakby już nigdy miała ich nie otworzyć. Już nigdy za życia...
I łzy popłynęły. Te wstrzymywane, czyste, szlachetne. Zaświeciły w otwartych szeroko oczach, spłynęły powoli do ust otwartych bezradnie w geście żalu. I zadrżał podbródek purpury, twarz Syreny znikła w mroku, dłonie padły na ziemię a kolana ugięły się pod brzemieniem.
Przeklęty Czas!
Kasmier padł na łoże. Przyłożył głowę Syreny do swej piersi i zaszlochał głośno... jak nigdy. Chciał, by usłyszano... Nic nie miało już znaczenia...
Nic?
A może jednak coś?
- Wasza wysokość – szepnął ktoś zza pleców. Kasmier dźwignął się. Wstał.
- Już nie płacze – służka kryjąc wzruszenie podała białe zawiniątko Kasmierowi
- Dziękuje... Możesz odejść. – powiedział Kasmier najbardziej stanowczo jak to tylko w tej chwili mógł uczynić
Usiadł na łóżku. Spojrzał na bladą twarzyczkę śpiącej błogo małej istoty. Masywną łapą pogładził jej główkę.
- Róża – powiedział – Mój mały skarb
Róża zbudziła się... Płomień zieleni wybuchł ku górze, zaświecił wobec mroku i płaczu. Już go widziałem, myślał Kasmier, już go kochałem... I pokocham znów...
- Różyczko... Teraz to ty... Ty jesteś czernią i bielą... smutkiem i nadzieją. Ty jesteś Rosa da Lena...
Zielony płomień.
***
Już nie czuję chłodu, gdy pada deszcz, mogę znowu z Tobą być
***
Nawet największe mroki przeminą z Czasem, tak jak noc przemija, tak jak wygasa strach i odchodzi smutek. Zawsze światłość będzie po ciemności, a po światłości ciemność. Czas bowiem stworzył mroki i światło, by dać świadectwo o sobie i by pokazać że jest zawsze i wszędzie. Jest wśród nocy, gdyż przybliża dzień, jest wśród dnia, gdyż noc sprowadza. Jest zawsze, był i będzie i nic tego nie zmieni... A Bezczas... po prostu jest...
Świt zastał starca w fotelu, w strudze światła wpadającej przez szpary niedokładnie zbitych desek pokładu. W ładowni nie było już nikogo. Z pokładu dobiegały krzyki i pieśni marynarskie. Niewątpliwie zbliżało się już południe, jednak obolałe mięśnie ułożone w niezbyt wygodnym krześle odmawiały posłuszeństwa. Jeszcze parę minut poleżę, pomyślał starzec, a potem... się zobaczy. Starzec zmrużył oczy i rozprostował nogi. Głowę oparł na swym ramieniu co zbyt wygodnym ułożeniem nie było, ale wobec zastanej sytuacji wystarczało do chwilowego odpoczynku. Struga światła miło grzała prawe ramię. Kilka minut, pomyślał znów starzec, tylko kilka...
- Teobald... – ochrypły głos kazał starcowi otworzyć oczy. Na drodze strudze światła stanął kapitan statku. – Wstawaj.
***
Kasmier siedział w fotelu przystawionym aż pod samo łóżko wpatrując się w twarz Syreny. Teobald stanął nad nim. Dłoń położył na silnym ramieniu i milczał.
Milczenie jest złotem.
Róża... Leżała bezbronna na piersi matki zionącej chłodem nocnej śmierci. Swymi płomiennie zielonymi oczyma obracała łapczywe, chcąc najwyraźniej zobaczyć wszystko. Uśmiechała się gładząc czarne włosy matki zalane gdzieniegdzie krwią. Spoglądała w twarz matce z zapałem, z nadzieją... chciała zobaczyć ten płomień, który płonąć będzie w niej... Który już płonie.
Nadzieja odchodzi ostatnia.
Teobald nie widział sensu trwania milczenia. Czuł niepokój jaki szarpał sercem Kasmiera. Czuł jego trwogę. Widział jego smutek... Widział nadzieję. Widział czerń i biel, która nieodłączną Kasmierowi była. Widział Różę. Płomień Iriss. Tak... Niech to będzie Irizar.
- Rosa da Lena – rzekł Teobald stonowanym, kontrolowanym głosem – Ładnie... – Kasmier nie drgnął
nawet. Wciąż patrzył na nią... Na nie.
- To ostatnie życzenie Siri. Niech płomień zwie się Różą.
- Nie ma róży bez kolców – rzekł Teoblad wciąż ściszając głos – Syrena nie powiedziała tego przypadkowo... To musi coś znaczyć.
- Co?
- Płomień Irisu musi się tlić. Nigdy nie wygaśnie.
- To brednie – Kasmier obrócił się strącając dłoń Teobalda z ramienia
- Nie. Ona jest czernią i bielą. Ona jest smutkiem i nadzieją.
- To tylko słowa. Nic nie warte herezje.. – bronił się Kasmier
- Czas nie zna czarownic. Prorocy są mu znani.
- Proroctwa niech zostaną w Tesii. – Kasmier podniósł głos zwracając uwagę Róży - Tu zaczyna się nowy świat.
- Nie miejscem Czas będzie się kierował. Czas nie zna granic.
- Ale ja je ustanowię, żeby herezje uciąć tu, na morzu, a do nowości dowieść czystą wiarę.
- Irizar więc czystym ma być... A serce jego zatrute jadem?
- Iriziar – Kasmier zdawał się nie usłyszeć drugiego zdania – Tak... Mogę go tak nazwać.
Teobald podszedł do łóżka. Ręce syreny złożył na piersiach a Róże podał Kasmierowi.
- Niech nie bawi się śmiercią. – powiedział – A matkę trzeba pochować.
- Kiedy dopłyniemy
- Estmeren v\'Loch bei. Lea n\'Vals loch.
- Lea bei Abradalid.
- I przekleństwem... Strzeż się. – Teobald ruszył ku drzwiom
- Zachowaj swoje mądre rady...
- Schowaj ją chociaż do trumny. – rzucił Teobald zamykając drzwi
- Nie będę słuchał twoich rad!
- Nie słuchaj ich więc.
Kasmier zacisnął zęby by powstrzymać gniew. Spojrzał w zielone oczy Róży. Uśmiechnął się szeroko. Przysiadł na krześle i podniósł zwisającą bezwładnie rękę Syreny.
- To wszystko nieprawda... – szepnął patrząc na bladą twarz swej żony – Róża będzie inna...
Róża będzie inna...
Sam nie chciał w to wierzyć. W głębi duszy wiedział, że to wszystko będzie trwało. Że koszmar będzie się powtarzał... Nie chciał jednak przyznać tego... Nie... Niechaj gra trwa, póki można ją ciągnąć...
***
Mądrość to wielka zaleta... jednak nie wspomagana wiedzą, tak jak w przypadku niemalże wszystkich władców starego kontynentu, jest niczym. Ale od czego władcy mają pomocników...
Ludzie z cienia, za prawdę ciekawa to grupa społeczna nie dostrzegana przez nikogo. W cieniu każdego władcy kryje się kilku mędrców, którzy utrzymują mity o mądrości władców. Od tego właśnie są.
Tak jak i większość władców, tak i Kasmier potrzebował pomocy w kilku kwestiach i właśnie dlatego zawsze i wszędzie był z nim on...
Teobald wziął głęboki oddech, gdy stanął wreszcie w bocianim gnieździe. Rozejrzał się dookoła. Spojrzał w toń Siru i choć widział tylko jego część mógł być pewien, że go zna. Tak... Ludzie, myślał Teobald, jakie dziwne to plemię. Człowiek w swej chciwości zniszczył Tesię i wyruszył na spotkanie nowego, który zapewne też zniszczy. Irizar... Ma być inny. Ma być lepszy. Ma być czysty. Ale Bezczas jest w człowieku tak jak jest w nim Czas. Bezczas zawsze będzie przez człowieka niszczył, a Czas przez człowieka będzie budował.
Człowiek niesie zło. Zło niesie człowieka. Czy, wobec tego, walczyć z człowiekiem?
Tobald głowę uniósł ku górze. Spojrzał w oczy słońcu.
Niektórych pojedynków nie warto podejmować...
Nagle błękit przeciął cień. Coś świsnęło nad głową zamyślonego mędrca wyrywając go z zadumy. Mewa...
***
- Nie ma mowy – rzekł Kasmier podchodząc do malutkiego okna – Muszą nas dogonić.
- Ale jesteśmy już blisko – Teobald był poirytowany – Lada dzień i dobijemy do brzegu.
- Dopłyniemy razem z wszystkimi.
- Czyż nie chcesz pochować Syreny?
- Chcę... Poczekam...
- Ale...
- Żadnego ale!
Teobald spojrzał na Kasmiera. Jego blada twarz wykrzywiona była w grymasie złości.
- Dobrze...
- Każ zbić trumnę...- powiedział Kasmier obracając się plecami do Teobalda
- Co?
- To co słyszałeś...
- A więc jednak – mruknął pod nosem Teobald i ruszył ku wyjściu
- Teo... –
- Tak?
- Niech Pete zwolni kajutę.
***
Zło przychodzi nagle. Gdy tylko chmury pierwsze przyćmią blask wschodzących gwiazd spogląda już na swe ofiary. Szuka najdogodniejszego celu. Szuka środka. Zło czyha w cieniu, w strachu i w zmęczeniu. Zło jest tajemnicą. Wieczną, niezgłębioną tajemnicą. Zło jest Bezczasem.
***
Cień bezszelestnie przemknął pomiędzy śpiącymi marynarzami. Dwoma susami przesadził drabinę i wychynął na pokład. Szerokim łukiem ominął kołyszącą się latarnie i przypadł do drzwi głównych kapitańskich kajut. Szybko otworzył drzwi i wślizgnął się do środka.
- Widziałeś? – dało się jeszcze usłyszeć z pokładu
- Wydawało ci się.
W świetle sporej świecy stanął nieduży chłopiec odziany w skąpe, poszarpane szmaty. Gości wystawały z żeber, dłonie drżały nerwowo, blada twarz pozbawiona byłą wyrazu. Chłopiec ruszył w lewo korytarzem mijając dwoje drzwi. Przy trzecich zatrzymał się na chwilę. Schylił się i zajrzał do wnętrza przez dziurkę od klucza. Uniósłszy głowę nacisnął klamkę najbardziej delikatnie jak tylko potrafił i rozejrzał się jeszcze raz po korytarzu. Szybko zniknął za drzwiami i zamknął je za sobą bezszelestnie.
W pokoju było ciemno. Chłopiec po omacku ruszył przed siebie.
- Pani... – szepnął do ciemności – Już jestem...
Nikt nie odpowiedział.
- Pani...
Mroki wciąż były mrokiem a cisza ciszą. Nikt nie odpowiedział na wołanie.
- Pani –chłopiec powtórzył po raz trzeci tłumiąc łzy.
Chłopiec dłońmi w ciemnościach wymacał łoże. Padł na nie i zaszlochał w pościel.
- Pani... I ty? I ty mnie zostawiłaś...
- Już dobrze- usłyszał głos za sobą. Obrócił się i spojrzał w ciemności. – Jestem przy tobie...
- Pani... Co ci się stało?
- To nic... Wszystko w porządku... Pozwól, że cię ucałuję.
***
Jutro też powrócę by dotknąć jej, nieśmiertelna wzywa mnie
Już nie czuję chłodu, gdy pada deszcz, mogę znowu z Tobą być tutaj gdzie
Nieśmiertelna daje mi swoją krew, nie pytając nawet czy jej chcę...
***
Piskliwy krzyk przeciął ciszę wczesnego ranka. Zawtórował mu płacz dziecka, które w pogrążało się dopiero w półśnie w ramionach służki a teraz brutalnie zostało zbudzone. Krzyk powtórzył się...
Chłopiec wyglądał na martwego. Jego usta otworzone były szeroko, tak jak oczy w których tlił się jeszcze dziwny wyraz... Wyraz uwielbienia ale i strachu... Twarz była nadzwyczaj blada, wysuszona. Większa część szyi pokryta była zastygłą krwią. Ręce ułożone wzdłuż ciała zdawały się być jedynie kośćmi obciągniętymi skórą a spod skąpego ubrania wystawały kości żeber.
- Co się dzieje? – spytał zaspany Kasmier
Służka wskazała palcem łoże, na którym jeszcze wczoraj leżała Syrena, po czym usunęła się ku ścianie tuląc Róże do swej piersi i szepcząc pod nosem jakąś modlitwę.
- Wołaj Teobalda – rzekł podenerwowany Kasmier – Elena! Idź po Teobalda...
***
Teobald wkroczył do kajuty. Chłopiec wciąż leżał na łożu. Wciąż w oczach jego było widać ten dziwny wyraz... Wciąż czuć dało się zło... Teobald przyjrzał się jego mizernej posturze, zgarbionej sylwetce. Okiem zaledwie rzucił na jego twarz, na szyję... Już wiedział.
- Gdzie Syrena? – spytał stanowczo
- W trumnie... – odparł niepewnie Kasmier
- Gdzie?!
- Tam w kącie. – Kasmier wskazał kat kajuty
- Elena... Biegnij na pokład. Niech przyniosą wodę.
- Ale... Róża – wykrztusiła Elena
- Daj – powiedział Kasmier wyjmując z jej rąk zawiniątka z płaczącą cicho dziewczynką
- Szybko – rzucił Teobald
Elena ruszyła ile sił w nogach. Teobald szybkim krokiem podszedł do trumny. Rzucił tylko na nią okiem.
- To ona... – rzekł sucho
- Kto? – spytał przerażony Kasmier
- Syrena... – Teobald szybkim ruchem odrzucił wieko trumny. – Widzisz?
- Ale... Sam ją tam kładłem...
- Płomień Iriss musi się tlić... Bezczas daje o sobie znać.
W drzwiach kajuty stanął tęgi mężczyzna z wiadrem wody w ręku.
- Dalid – przywitał go Teobald – Biegnij do Petra. Sirien zaatakowała...
***
Elena z obrzydzeniem ścierała krew z szyi chłopca. Łzy spływały po jej twarzy. Trumna świecąca pustką nie dawała spokoju Kasmierowi, który przykucnął przy niej i wpatrzywszy się w jej wnętrze usiłował się skupić.
- Tej nocy nie stajemy – powiedział Teobald oparty o ścianę wpatrując się w zamknięte drzwi - Trzeba
jak najszybciej dotrzeć do lądu.
- Ja... – zaczął Kasmier jednak ujrzawszy uniesiony do ust palec Teobald zamilkł nagle
- Eleno. Zabierz stąd Różę... – rzekł twardo Teobald
- Dobrze – pisnęła kobieta i ułożywszy Różę w ramionach wyszła...
- Dlaczego powiedziałeś że to Sirien? – spytał skruszony Kasmier
- W końcu od tego tu jestem... Ktoś musi utrzymywać mity przy życiu...
- Ale...
- Tutaj nie ma miejsca na żadne wątpliwości. Zło kojarzyć musi się z Bezczasem, a człowiek... człowiek
niech pozostanie nieświadomy swej demonicznej części...
***
Płomień Iriss musi się tlić... W człowieku jego miejsce... W złym człowieku
***
Chłopak zamknął oczy. Głęboki, szarpany oddech wydął jego pierś i wyprostował sylwetkę. Dłonie drgnęły napełnione życiem, palce poruszyły się nieznacznie. Było zimno. Strasznie zimno.
Chłopiec skulił się, objął rękoma kolana. Wciąż nie otwierał oczu... Miał nadzieję, że gdy to zrobi jej już nie będzie. A teraz była...
Czuł jej zapach, bliskość. Słyszał jej szept mówiący do ucha... Ale nie słuchał go. Był zbyt zmęczony. Zbyt zziębnięty.
- Pani – szepnął chłopak wyciągając dłoń gdzieś przed siebie, w mroki... Nadal oczy miał zamknięte.
- Już dobrze... – usłyszał za sobą – Jestem przy tobie.
Chłopak obrócił się. Otwarł oczy...
- Pani... – rzekł drżącym głosem – Ja cię nie widzę...
- Ale ja widzę ciebie...
- Ale Pani... Ja nic nie widzę...
- Spokojnie... Wszystko będzie dobrze. Zaśpiewam ci.
Chłopiec poczuł na szyi ciepły oddech. Jakiś szept znów owionął go... Nie mógł rozróżnić słów... Wszystkie zlewały się w jedność... I nagle pieśń się urwała. Poczuł tylko lekkie ukłucie i zamknął ślepe oczy...
- Pani... –
- Ja ciebie też - usłyszał...
Zasnął...
***
Tłusty mężczyzna przeczesywał łapami liche włosy kręcąc niezgrabnym zadkiem na krześle.
- Co proponujecie? – spytał
- Musimy płynąć nocą – powiedział Kasmier siedzący w kącie na trzynogim stołku. Spojrzał na
Teobalda, który już od kilku minut wpatrywał się w zabrudzone okno.
- To jasne... – powiedział tłuścioch – Ale coś musimy zrobić z Sirien... Chłopcy się boją...
- Wszyscy się boją –rzekł Kasmier – Nie można nic zrobić.
- Jak to nic? – tłuścioch oparł dłonie na stoliku, przy którym siedział i uniósł się ku górze – Nie pozwolę
by moi chłopcy narażali się na pokładzie, podczas gdy wy będziecie bezpiecznie siedzieć w kajutach!
- Wszyscy są narażeni! – krzyknął Kasmier- Ja i ty...
- Cisza! – rzekł stanowczym tonem Teobald odwracając się plecami do okna. – Zło zbudziło się... Nie
możemy nic uczynić. Ze złem nie walczy człowiek... To człowiek jest złem a z człowiekiem walczyć nie chcemy. Czas walczy ze złem za sprawą człowieka... dobrego człowieka... Oddajmy się w Jego ręce. To jedyne co możemy zrobić...
Ktoś zastukał w drzwi kajuty.
- Proszę – rzekł Kasmier
Drzwi otwarły się.
- Vaslav... chłopak – powiedziała Elena nie kryjąc radości – On żyje...
***
Była już późna noc gdy ciszę konsternacji panującej wśród załogi przerwał krzyk. Nie przyniósł strachu, nie przyniósł lęku czy przerażenia... Przyniósł dobrą wieść. Strapione twarze marynarzy zwróciły się naraz w jedną stronę i nadziej na nich zagościła po raz pierwszy od kilka dni; mimo że noc straszną była do tej pory, teraz stała się jasna... Piękna.
- Ląd- powtórzyło się wołanie z bocianiego gniazda ale wszyscy już wiedzieli.
Wobec grafitowego odcienia nocy na horyzoncie rysował się wyraźny kształt. Wysokie klify stały wzniośle na straży nowego kontynentu, który taką radością przejął całą załogę. Naraz gwiazdy odbiły swe oblicza w ciemnej toni morza, księżyc twarz swą pokazał chcąc zobaczyć... Wszyscy widzieli. Wszyscy patrzyli... Wszyscy wiedzieli, że oto nowe życie otwiera się przed nimi. Rodzą się na nowo. Na nowej ziemi...
Teobald wypadł na pokład z otwartymi w geście radości ustami. Nie wierzył. Kontury ciemniejsze od nocy nie wyglądały strasznie wśród nadziei wypełniającej serce mędrca. Moje marzenia, myślał starzec, moje marzenia stają się prawdziwe. Oto otwiera przede mną swe wrota Irizar i zaprasza do siebie. Nawołuje bym przybył. A ja przybywam... Znika zło, znika strach i beznadzieja... Wszystko zaczyna się od nowa... Wszystko jest czyste, nieskazitelne... Tak, to właśnie o tym marzyłem.
- Słuchajcie! – wrzasnął Teobald wychodząc na środek pokładu – Wszyscy, jak tu jesteśmy dostajemy
szansę. Właśnie w tej chwili otwiera się przed wami przyszłość... Ten kontynent daje wam szansę nowego życia. Życia czystego, zgodnie z wiarą Czasu. Bądźmy wszyscy dla siebie braćmi. Bądźmy wszyscy razem.
Entuzjastyczny okrzyk podniósł się nad pokład. Ku górze triumfalnie uniosły się zaciśnięte pięści. Oczy przepełnione nadzieją zaczynały pęcznieć łzami.
- Zostawcie gniew i uprzedzenia na morzu. Zostawcie jej w zdradzieckiej toni by czystym wkroczyć do
krainy czystości. – kontynuował Teobald – Niechaj serca wasze będą nowe. Niech będzie w nich Czas...
Kolejny krzyk podniósł się nad maszty. Uleciał wraz z wiatrem gnającym statek ku nowemu.
- Oto staje przed wami klif, który przywita was, pokaże drogę do celu... Oto staje przed wami plaża,
która przyjmie wasze stopy po raz pierwszy. Obyście nie splugawili jej... Spójrzcie na ten klif. Niech od teraz zwie się Syrenim! Spójrzcie na Klif Syreny... Nie Sirien, nie Iriss... Klif Syreny... Czysty i piękny. Spójrzcie na pierwszego strażnika Irizaru!
I kolejny okrzyk uniósł się ku górze. Triumfalne „Irizar, Irizar” wznosiło się nad statkiem. Każda sekunda zbliżała stęsknionych piękna do celu. Każda chwila zbliżała ich do prawdziwego życia.
Zamarli.
***
Zło jest w człowieku i będzie w nim zawsze. Zawsze w jego cieniu. Zawsze w jego słowie, czynie i myśli... Zawsze
***
Nad krzyk marynarzy wybił się dziki ryk. Cień złowrogi stanął wobec wszystkich i zwiewną szatą zarzucił przed nosami przerażonych marynarzy.
Sirien. Płomień Iriss musi się tlić.
Zieleń zionęła z oczu bestii, dłonie zdające się cieniem drżały na wietrze. Ciemne włosy okryły połowę twarzy. Była mroczna jak noc... Była cicha... Była straszna... Była nocą... Iriss.
- Sirien – ozwał się ktoś z tłumu, który strachliwie cofał się do burt.
Chaotyczna pieśń ugodziła uszy, wzrok zdawał się szaleć, ukazując tylko ją wobec ciemniejącego coraz bardziej cienia. Zło... Czyste zło wyciągało swe pazury po każdego z osobna ale i wszystkich razem.
- Czas nas ochroni – zagrzmiał głos Teobalda przygłuszany szumem wiatru, który nagle przybrał na sile
Cień zafalował i otworzył swe usta zionące pustką... I zaczął...
Biały welon - gwiezdny tren, patrząc w niebo słucham Cię
Słowa, które nic nie znaczą, tylko aniołowie płaczą.
- U stóp Irizaru prosimy cię Panie – wrzeszczał Teobald ledwo wybijając się nad szum wiatru – Wspomóż nas!
Ciepły deszcz całuje twarz, może kiedyś przyjdzie czas
Mówisz tak - choć wiem, że kłamiesz nie uciekam z Twoich ramion
Szłam aż z nocą przegrał dzień, wolno odwróciłam się
Blask komety wyrysował zimny cień na mojej drodze
- Daj nam siłę by zwyciężyć zło – Teobald czuł jak siły jego opadają – Daj nam siłę by...
Dałam jej w ofierze lęk, piłam światło jakby krew
Mój ból wsiąkał z deszczem w ziemię, takie dziwne oczyszczenie
Mroki zajęły oczy bezbronnych marynarzy. Uszy ich zdominowała pieśń i nie było już nic. Tylko cień... Tylko ból... Tylko zło...
Jutro też powrócę by dotknąć jej, nieśmiertelna wzywa mnie
Już nie czuję chłodu, gdy pada deszcz, mogę znowu z Tobą być tutaj gdzie
Nieśmiertelna daje mi swoją krew, nie pytając nawet czy jej chcę
I stało się... Zło zwyciężyło...
***
Nadzieja umiera ostatnia... Tak jak miłość...
***
Krew spłynęła miast łzy po policzku roztrzęsionego ojca. Ręce, silne, zaprawione w boju z trudem uniosły małe zawiniątko. Ozwał się wobec wiatru głos hardego władcy, który był gotów wyznać swą miłość do tej małej istoty... Do zielonookiej Róży...
Ona jest czernią i bielą, ona jest smutkiem i nadzieją
Ona ostatnią bogów wybranką, moją sekretną siostrą i kochanką
Znikła czerń. Zawył cień z bólu a wiatr ucichł. Zło spojrzało na postać miotającą się w nadziei.. w wierze.
- Niech płomień Iriss zgaśnie! – zawył przez łzy krwawe Kasmier – Niech odstąpi od ludu złotego co
wreszcie w purpury został odziany. Odejdź!
Cisza zapadła. Cisza złowroga. Cisza złą aurą owiana... Lecz nagle rozproszona...
- Niech ciernie mej miłości smagają twój kark a krew czarna upływa powoli. Niech oczy twe zgasną tak
jak zgasły oczy chłopca, który miłością obdarzył twą przeklętą osobę i ślepo wierzył w Panią czystą i szlachetną. Odejdź w cienie, tam twe miejsce i nie przybywaj w te krainy! To jest bowiem Irizar. Światło pośród mroku!
Cień zafalował, przerzedził się. Wstawał dzień.
- Ellaalid vals az\'Lena. – zahuczał znów natchniony głos Teobalda – Lea zib i\'Lida loch.
Promień światła wdarł się w mroki... Drugi... I trzeci...
Cień znikł...
***
Miłością pokonasz cień. Miłością zniszczysz strach. Miłością zniszczysz ból. Miłość... Tylko ona przeciw złu.##edit_bydarco 2006-06-19 22:04:42##ed_end####edit_byatak 2006-08-11 18:59:35##ed_end####edit_byatak 2006-08-11 19:04:21##ed_end##